Coś z tym trzeba zrobić

Henryk Grabowski

Tytuł naukowy profesora nadzwyczajnego został zlikwidowany ćwierć wieku temu. Od tego czasu nazwa ta oznacza wyłącznie jedno ze stanowisk w uczelni. Różnica między tytułem profesora a stanowiskiem profesora nadzwyczajnego polega m.in. na tym, że tytuł naukowy jest nadawany przez prezydenta w następstwie postępowania wnioskowego, z uwzględnieniem opinii niezależnych recenzentów, a na stanowisko profesora nadzwyczajnego powołuje rektor. Jest oczywiste, że w hierarchii akademickiej prestiż dożywotniego tytułu naukowego jest wyższy od doraźnie zajmowanego stanowiska. Identyfikację ma umożliwiać zasada, że skrót „prof.” umieszczany jest przed nazwiskiem profesora tytularnego, a po nazwisku profesora nadzwyczajnego, z wyszczególnieniem miejsca jego zatrudnienia.

Gdyby w jakiejś nadzwyczajnej sytuacji na stanowisku dowódcy pułku w wojsku zatrudniono majora, to nikomu nie przyszłoby do głowy, żeby mógł on z tego powodu przyczepić sobie o jedną gwiazdkę więcej, a przed nazwiskiem umieścić skrót „płk”. W szkolnictwie wyższym jest to możliwe, a nawet praktykowane.

Sprawa ta nie byłaby warta uwagi, gdyby nie godziła w prestiż społeczny środowiska akademickiego. Oto przed nazwiskiem posłanki prezentującej maniery, wobec których magiel mógłby uchodzić za świątynię kultury, pojawia się nagminnie, w sposób nieuprawniony, skrót „prof.” i nikt tego nie prostuje. Reputacji Sejmu nie da się niczym popsuć ani poprawić. W przypadku środowiska akademickiego gra jest wciąż warta świeczki. Co prawda pod względem prestiżu społecznego profesor spadł ostatnio na drugie miejsce, ustępując pierwszeństwa strażakowi. Jednak jest to wciąż wysoka pozycja, która – na zasadzie psychologicznego efektu aureoli – może oddziaływać na otoczenie jako dodatni lub ujemny wzór osobowy.

Od znajomego profesora tytularnego dowiedziałem się, że po przejściu na emeryturę w uczelni publicznej został zatrudniony w uczelni prywatnej na stanowisku profesora nadzwyczajnego. Na moje zapytanie, dlaczego nie upomniał się o przysługujące mu stanowisko profesora zwyczajnego, odpowiedział, że wytykając niekompetencję mógłby sprawić przykrość osobie, która w dobrej wierze myślała (swoją drogą logicznie), że profesor nadzwyczajny to coś więcej niż zwyczajny. Nie brak więc (na szczęście) w naszym środowisku również wzorów delikatności, taktu i skromności godnych naśladowania.