Komisje dyscyplinarne ukrywają plagiaty

Rozmowa z prof. Grażyną Skąpską, przewodniczącą Zespołu ds. Dobrych Praktyk Akademickich

Zacznijmy od tajemniczej nazwy „dobre praktyki akademickie”…

Ta nazwa oznacza, że wypracowujemy wzorce etyczne w działalności naukowej, w tym wzorce relacji między mistrzami i uczniami, które mają wspomagać rozwój nauki.

Chodzi również o praktykę w obszarze edukacji. To, co pani powiedziała, brzmi bardzo ogólnie i górnolotnie. A czym zespół zajmuje się podczas obrad?

Jak często zdarzają się tego typu konflikty międzyludzkie?

Niestety, to jest ciemna liczba. Nie znamy statystyk. Domyślamy się tylko, że do naszej wiadomości dociera zaledwie ułamek takich zdarzeń. Natomiast są to przykłady symptomatyczne. Mamy wrażenie, że takie rzeczy się zdarzają, ale środowisko na to nie reaguje, przechodzi obojętnie. Może to sugerować, że są to zdarzenia na tyle częste, że traktowane są jako coś normalnego. Z drugiej strony, nasze spojrzenie na złe praktyki jest szczególne, zajmujemy się bowiem patologiami, a nie codzienną działalnością rzeszy naukowców w Polsce, dochowujących zasad przyzwoitości w relacjach z współpracownikami i podwładnymi oraz rzetelności naukowej.

Jakiego typu złe relacje ma pani na myśli?

Poczynając od powszechnych, jak zły stosunek szefa do współpracowników – zwłaszcza młodszych – bądź studentów, szykanowanie, blokowanie karier akademickich, kradzieże pomysłów naukowych. Na przykład młoda pani doktor zdobyła grant ze względu na swoje własne osiągnięcia, do tego grantu ma prawo zatrudnić własnych współpracowników – zatrudnia więc doktoranta, który ma tej podstawie ma zrobić doktorat. Po czym zostaje przez kierownika jednostki pozbawiona kierownictwa grantu, traci moc decyzyjną; młody doktorant zostaje pozbawiony stanowiska w ramach grantu. Młoda pani doktor, rozczarowana, ma dość tego i wyjeżdża za granicę. Młody doktorant szuka miejsca dla siebie gdzie indziej. W tej sytuacji niewiele mogliśmy zrobić. Ta osoba przestała odpowiadać na nasze pytania, zapewne wyjechała i ułożyła sobie karierę akademicką na nowo. Młodzi, bez żadnych podstaw merytorycznych, pozbawiani bywają przez przełożonych funkcji i stanowisk, na które zapracowali własnym dorobkiem. Hamuje się kariery naukowe, np. wstrzymuje habilitacje, gdyż habilitant „jest jeszcze młody”. Krzywo się patrzy na tych, którzy wyrywają się przed szereg, uzyskując stanowiska w różnych zewnętrznych gremiach.

Czy o takich sytuacjach informują państwo rektorów?

Jak najbardziej. Jednak przede wszystkim informujemy ministra nauki, bo to ministrowi zespół doradza. Minister podejmuje dalsze kroki, my możemy tylko przedkładać mu sprawy. Na podstawie naszej sentencji przygotowujemy też stanowisko ministra. Dotychczas pani minister rzeczywiście reagowała na nasze postulaty i występowała np. do rektorów w sprawach, które wydawały nam się jasne i rozstrzygalne. Niestety, interwencje ministra nie zawsze okazywały się skuteczne, a czasami powodowały jedynie lawinę postępowań i wymiany pism między ministrem a obwinioną osobą.

Ile przypadków naruszeń rzetelności akademickiej trafia rocznie do zespołu?

Około 20-30. Zasada zespołu jest taka, że nie reagujemy na pisma anonimowe, zatem ta liczba nie uwzględnia anonimów.

Nie zajmują się państwo sprawdzaniem ich prawdziwości?

Jedynie w bardzo wyjątkowych przypadkach, gdy informacje są naprawdę bulwersujące, a anonimy tak szczegółowo przedstawiają sprawę, że nie ma wątpliwości, iż pochodzą od osoby dobrze zorientowanej, pochodzącej z danej jednostki, która widzi rażące nieprawidłowości, ale z ważnych powodów osobistych nie chce się podpisywać, np. dlatego, że to zagroziłoby jej karierze.

Czy pamięta pani przykład zdarzenia, którym zajęto się, mimo że źródłem wiedzy był anonim?

Zajęliśmy się anonimem z jednej z uczelni, gdzie kierownik jednostki przypisywał sobie dorobek, którego nie był autorem.

Co się udało zrobić?

Rozpoczęto postępowanie wyjaśniające. Nie jest ono jeszcze zakończone.

Plagiat stosunkowo łatwo odkryć, natomiast trudno odkryć oszustwo naukowe.

Zarówno plagiatorzy, jak i zatrudniające ich placówki naukowe za wszelką cenę się bronią. Plagiatorzy w żywe oczy zapierają się, że plagiatu nie było. To samo czynią zatrudniające ich jednostki, nawet w ewidentnych przypadkach. Mamy przykład sprawy, która nie zakończyła się sukcesem zespołu mimo interwencji ministra i Centralnej Komisji. Była sprawa przepisania z encyklopedii w habilitacji, która przeszła na znakomitej uczelni. Rozpoczęliśmy postępowanie. Wydawało się, że jest ono skuteczne, bo CK zwróciła tę pracę i postępowanie habilitacyjne do rady wydziału. Powołano dwóch ekspertów z dziedziny prawa autorskiego, którzy orzekli jednomyślnie, że habilitacja w 80% oparta jest na przepisanym tekście. Mimo to rada wydziału przegłosowała przyznanie habilitacji. Interweniowaliśmy w CK, ale uznano, że więcej nie da się w tej sprawie zrobić. Habilitacja została zatwierdzona. Mieliśmy ewidentne sytuacje, gdy magistrantki skarżyły się, że promotor napisał swój artykuł wykorzystując pracę magisterską prawie w całości. Skierowały sprawę do sądu, bo w uczelni nie udało im się wyegzekwować swoich praw.

W zasadzie powiedziała pani, że uczelnie nie tylko akceptują, ale wręcz popierają i bronią plagiatorów.

Niestety, mamy z tym często do czynienia. Może nie tyle popierają, ale są niechętne ujawnianiu takich spraw i w konsekwencji ich bronią. Sądzę, że nasz system jest wadliwy. W rażąco fałszywy sposób rozumiana jest autonomia uczelni. Muszę przyznać, że będąc przewodniczącą Komisji Dyscyplinarnej na Uniwersytecie Jagiellońskim nie miałam okazji uczestniczyć w postępowaniach w tego rodzaju sprawach. Spotkałam się z nimi dopiero podczas pracy w zespole. Widzę teraz tendencję, żeby sprawy, które dzieją się na uczelni, nie wychodziły poza jej mury. Robi się wszystko, żeby inni nie dowiedzieli się, co robimy.

Może to dobrze?

Nie. Ponieważ przez to złe praktyki mogą się swobodnie rozwijać. Mówi się: trzeba bronić uczelni, bo jesteśmy wspólnotą, bo to nasz kolega, któremu powinęła się noga. Zatrzymywanie spraw wewnątrz uczelni byłoby dobre, gdyby rozwiązywały one takie sprawy zgodnie z zasadami prawa i uczciwości, występowały z wnioskami o cofnięcie tytułu, wycofanie splagiatowanego artykułu. Tak niestety nie jest, a w każdym razie – nie zawsze. Bywają jednak wyjątki, gdy same uczelnie dążą do „samooczyszczenia”.

Czy sądzi pani, że to zjawisko powszechne, że dzieje się na dużą skalę?

Ktoś zespołowi zarzucił, że nie znamy takich statystyk. To fakt, nie znamy, bo się ich nie prowadzi. A poza tym większość takich spraw nie wychodzi na jaw i nigdy nie ujrzy światła dziennego – zostaną wyciszone i ukryte. Mam pewien ogólny wgląd w te sprawy i wiem, że komisje dyscyplinarne w uczelniach postępują tak, by nie zostały one wykryte. Używa się do tego różnych chwytów, wybiegów. Rzadko dąży się do szybkiego rozwiązania sprawy zgodnie z wymogami rzetelności i ukarania sprawcy wykroczenia czy przestępstwa; bo plagiat jest przestępstwem. Na przykład jednym z czysto proceduralnych chwytów jest nieuzasadnione niewszczynanie lub umarzanie postępowań czy nierozpoczynanie postępowania przed komisją dyscyplinarną w wyznaczonym prawem terminie. W ten sposób sprawa ulega przedawnieniu, skarga bywa oddalona. Bardzo dużą rolę odgrywa w takich sytuacjach pion administracyjny uczelni. To na tym etapie można wrzucić pismo głęboko do szuflady i nie ujawniać go. A gdy wreszcie trafi na biurko rektora, jest już za późno.

Mówiąc krótko, kto ma dobre kontakty w administracji, może manipulować cudzymi rękami.

Tak. Rektor się nie dowiaduje, rzecznik dyscyplinarny też nie. A gdy sprawa dociera do rzecznika i jest on zdolny skierować ją przed komisję dyscyplinarną, już jest za późno.

Jak wygląda odkrywanie oszustw naukowych? Chyba trudno takie znaleźć?

Takie sprawy trafiają do nas za pośrednictwem osób poszkodowanych. Np. ktoś miał wkład w dokonanie odkrycia, a tymczasem kto inny przywłaszczył sobie dane i manipulował nimi tak, by zminimalizować wkład osoby, która czuje się poszkodowana. W tym wypadku mamy do czynienia zarówno z oszustwem naukowym, polegającym na manipulowaniu danymi i wynikami badań, jak i z kradzieżą. Stosunkowo często trafiają do nas sprawy z dziedziny nauk medycznych. Np. zatajono pewne wyniki badań, które miały być podstawą zmiany procedur klinicznych, gdyż chodziło o to, by te procedury zachować. Zafałszowano – w tym wypadku zmniejszono – próbę badawczą, by wykazać, że badania nie są miarodajne i nie mogą być podstawą zmiany procedury klinicznej. Ktoś, kto był autorem pewnej procedury, chciał, by ją utrzymać, narażając pacjentki na bolesne badania. W tej dziedzinie rzecz dotyczy nie tylko nauki, ale też pacjentów.

Czy udało się państwu rozwiązać sprawy medyczne?

Przekazujemy je zwykle Ministerstwu Zdrowia, bo sami nie czujemy się kompetentni. Mogliśmy tylko ocenić, że manipulowano danymi, wynikami badań, ale nie mogliśmy ocenić skutków tej manipulacji.

Jak pani ocenia sposób procedowania spraw w uczelniach? Czy procedury prawne postępowania dyscyplinarnego są skuteczne?

Są uczelnie, które dbają o to, by komisje dyscyplinarne działały przynajmniej zgodnie z procedurami i, o ile to możliwe w tych uwarunkowaniach prawnych, działają skutecznie. Odnoszę wrażenie, że ogólna tendencja jest jednak taka, żeby na poziomie komisji dyscyplinarnych spowodować, by sprawy nie wychodziły poza uczelnię. Kolejna dziedzina, gdzie ujawnia się wiele nieprawidłowości, to złe praktyki w relacjach międzyludzkich, a zatem mobbing. Trzeba jakoś zapanować nad tą sytuacją.

To chyba dość trudne?

Narasta problem szykanowania pracowników. Przepisy europejskie definiują mobbing bardzo szeroko. Zaliczana jest do niego działalność polegająca na kreowaniu złej, niesprzyjającej atmosfery w miejscu pracy. Każdy rodzaj działania kierownika jednostki, który prowadzi do tego, że atmosfera w miejscu pracy jest niekomfortowa dla pracowników, traktowany jest jako mobbing. My zwykle mamy do czynienia z bardzo prostymi, podstawowymi formami mobbingu: pomijanie przy awansach, wytykanie i krytykowanie w sposób arogancki i nieusprawiedliwiony, szykanowanie, publiczne ośmieszanie czy deprecjonowanie.

Czy prawo zapewnia skuteczne prowadzenie spraw o nierzetelność akademicką?

Prawo wydaje się być wystarczające, by skutecznie zwalczać patologie. Jednak nie jest ono stosowane. Wprost przeciwnie, stosuje się wszelkie możliwe wybiegi, by je ominąć. Np. w sytuacji plagiatu każdy, kto się dowie o popełnieniu kradzieży, powinien od razu zgłosić tę sprawę do prokuratora, niezależnie od wszczęcia postępowania dotyczącego pozbawienia stopnia czy tytułu. Nieczęsto tak się dzieje.

A co powinien robić rektor: przekazać sprawę rzecznikowi dyscyplinarnemu czy zgłosić do prokuratury?

Powinien robić jedno i drugie. Prokurator działa ścigając czyny karalne, a komisja dyscyplinarna – czyny ingerujące w stosunek pracownika i pracodawcy oraz mające cechy nierzetelności naukowej. Postępowanie w uczelni może być prowadzone z różnych punktów widzenia. Powiedzmy, że rektor nie zgłasza sprawy do prokuratury, ale chce najpierw wyjaśnić, czy podejrzenie jest słuszne. Gdy uzyska potwierdzenie zarzutu w komisji uczelnianej, czyli np. uprawdopodobnienie zarzutu popełnienia plagiatu, zgłasza sprawę do prokuratury. Prawo mogłoby być bardzo skuteczne, ale prokuratorzy umarzają takie sprawy, stosując klauzulę znikomej szkodliwości społecznej czynu. Nie chodzi zatem o prawo, ale o jego stosowanie, o praktykę. Stosunek do własności intelektualnej w działalności naukowej jest u nas bardzo specyficzny, żeby nie powiedzieć – rażąco sprzeczny z zasadami etycznymi i poczuciem przyzwoitości, nie wspominając o prawie.

A może okresy przedawnienia są zbyt krótkie?

Jeśli chodzi o plagiat, stosuje się ogólne przepisy z prawa karnego, bo to jest przestępstwo.

Rzecznicy dyscyplinarni i członkowie komisji to nie są specjaliści od prawa, dla których ta praca jest głównym zadaniem. To zwykle naukowcy z różnych dziedzin, którzy na co dzień prowadzą badania, wykłady, prace dyplomowe i to jest ich pierwszoplanowe zadanie. Mam wrażenie, że uchybienia formalne, które doprowadzają do przedawnień, mogą być skutkiem tego uwarunkowania.

Do tego zmierzałam. W dużych, wielowydziałowych uczelniach komisje dyscyplinarne mogą korzystać z fachowej porady prawników. Tam, gdzie brakuje fachowego wsparcia prawników, komisje dyscyplinarne są często bezradne, a ponadto uwikłane środowiskowo w różne zależności w ramach uczelni.

Widzi pani różnice między typami uczelni?

Zdecydowanie. W dużych uczelniach, na których są wydziały prawa, zwykle funkcjonuje to lepiej. Ponadto, w świetle mojego doświadczenia, studenci prawa, którzy są w komisjach dyscyplinarnych, bardzo aktywnie uczestniczą w posiedzeniach i postępowaniach, często są wielką pomocą. Nawet w uczelniach, gdzie nie ma wydziałów prawa, są działy prawne, radcy prawni. Mamy jednak w zespole raczej niezbyt pochlebną opinię o tych pionach radcowskich.

Nie rozumiem.

Te działy są bardzo zależne od kierownictwa uczelni, np. od rektora, który zatrudnia prawników na umowę o pracę. W związku z tym starają się działać tak, jak sądzą, że oczekuje rektor.

Czyli bronią „dobrego imienia uczelni”…

…przyczyniając się do chowania plagiatu pod dywan.

Co możemy zmienić w prawie, żeby uniknąć przedawnień, chowania pod dywan, „polubownego” załatwiania spraw w katedrach czy na wydziałach?

Nowelizacja ustawy wprowadza nową instytucję, tzw. konwent rzeczników, a zatem zespół ekspertów, który ma zastąpić obecny Zespół ds. Dobrych Praktyk Akademickich. Konwent ten będzie miał uprawnienia znacznie szersze niż obecny ZDPA, jego opinie, przekazywane rzecznikom dyscyplinarnym uczelni, będą wiążące dla uczelni. W skład konwentu będą wchodzili w połowie prawnicy, a w połowie reprezentanci poszczególnych dyscyplin naukowych. W ten sposób instytucja zewnętrzna wobec uczelni będzie mogła pozytywnie wpływać na działalność instytucji wewnątrzuczelnianych, w tym przede wszystkim rzeczników dyscyplinarnych. Zobaczymy, czy ten pomysł uzyska poparcie w parlamencie.

Czy państwa zespół zgłaszał jakieś rozwiązania prawne?

Na podstawie naszych doświadczeń sformułowaliśmy tzw. kodeks dobrych praktyk w postaci trzech broszur: pierwsza odnosiła się do rzetelności w badaniach naukowych oraz poszanowania własności intelektualnej, druga – do dobrych praktyk w procedurach recenzyjnych, ostatnia – do stosunków pracowniczych i międzyludzkich w instytucjach naukowych.

O recenzowaniu jeszcze nie rozmawialiśmy. Tymczasem w środowisku akademickim powszechnie się uważa, że większość recenzji ma charakter „towarzyski”.

Zajmowaliśmy się recenzjami z dwóch punktów widzenia. Autorzy wniosków grantowych i prac na stopień skarżą się, że recenzje bywają aroganckie i byle jakie. Np. recenzje negatywne są byle jak umotywowane – to w sprawie na stopień bądź tytuł naukowy. Inny przykład: recenzja, która w ogóle nie powinna być zakwalifikowana, autor nie powinien za nią otrzymać honorarium – tekst miał pół strony. Zajmowaliśmy się przypadkami recenzji negatywnych, które nie były umotywowane, recenzjami, z których widać, że ich autorzy nie znają się na zagadnieniach, które recenzują lub mają uprzedzenia do osoby, której pracę recenzują. Kolejny problem to recenzje grzecznościowe, będące wynikiem powiązań personalnych, towarzyskich. Dowiadujemy się o nich zwykle przy okazji innych spraw. Np. ktoś się skarży, że został bezpodstawnie pozbawiony kierownictwa grantu, zwraca uwagę na to, że ma ją zastąpić bliski współpracownik kierownika jednostki, który stopień uzyskał dzięki temu, że inny znajomy kierownika napisał mu bardzo dobrą recenzję. Często sprawy są bardzo zawikłane, widać w nich splot rozmaitych złych praktyk. W mojej dziedzinie mówi się o takich sytuacjach – „brudna wspólnota”. Osoby zaangażowane w jakieś przedsięwzięcie kryją się nawzajem – kryją swoje brudne gry, bo każdy ma na każdego „haka” lub po prostu jest zawodowo czy towarzysko powiązany. Pozytywne recenzje dostają prace mierne z uwagi na owe towarzyskie czy zawodowe powiązania.

A jakby pani oceniła sytuację, kiedy mierni profesorowie otaczają się miernymi uczniami, którzy nie zagrożą ich pozycji?

Niestety moja diagnoza jest taka: w naszych uczelniach, oczywiście nie we wszystkich, często mamy do czynienia z tym zjawiskiem. Pojawia się niebezpieczeństwo permanentnej bylejakości. Byłam przez trzy lata ekspertem ds. oceny grantów Komisji Europejskiej w ramach jednego z paneli. Na podstawie tych doświadczeń zorientowałam się, że nie dostajemy grantów nie dlatego, że nie umiemy ich pisać. Tego się można nauczyć. Problem w tym, że nie potrafimy formułować interesujących problemów badawczych, mamy słabe pomysły. Naszym wnioskom brakuje innowacyjności. Są słabe merytorycznie, nie przechodzą nawet do średniego poziomu. To jest skutek akceptowania i wspierania rozpowszechniającej się bylejakości.

Za pół roku zespół zapewne przestanie istnieć. Można chyba się pokusić o podsumowanie jego działalności?

Nie jest ono optymistyczne. Zdobyliśmy duże doświadczenie, a na jego podstawie sformułowaliśmy pewne zasady, zawarte we wspomnianych trzech broszurach. Mogą one być traktowane jako rodzaj wskazówek, jak unikać zła, które nas otacza. Czasami tego rodzaju wskazówki mogą być skuteczne, gdyż do niedawna nie zdawaliśmy sobie sprawy, że pewnych rzeczy nie należy robić, bo mają głębokie negatywne skutki dla rozwoju nauki. Tego np., że małżeństwa nie powinny nawzajem recenzować prac swoich magistrantów. To był duży problem dla takich osób.

Czy pani, jako przewodnicząca, bywała zapraszana na posiedzenia senatów uczelni, konferencji rektorów i podobnych organów akademickich?

Żaden senat ani konferencja rektorów nie zapraszała członków zespołu z prelekcjami. Czasami organizuje się konferencje szkoleniowe w zakresie rzetelności akademickiej. Wygłaszaliśmy tam swoje referaty, ale z tego nie będzie żadnego skutku. Przyjechali na nie urzędnicy uczelniani, posłuchali, podbili delegacje i odjechali. Ale jak można mieć pretensje do pracowników administracyjnych, skoro bardzo charakterystyczny jest brak reakcji na nieuczciwość najwyższych organów decydujących o jakości nauki, np. Centralnej Komisji. Ona jest w tej chwili przytłoczona masą spraw, które na nią spadły; jednak nie zawsze tak było. Obserwujemy brak chęci odważnego przeciwstawienia się złym praktykom, być może pewien idealizm niepodyktowany złą wolą. Jednak często jest to lekceważenie, a nawet akceptowanie nieuczciwości przez najwyższe władze akademickie.

Rozmawiał Piotr Kieraciński

 

Wynagrodzenie autorskie sfinansowane zostało przez Stowarzyszenie Zbiorowego Zarządzania Prawami Autorskimi Twórców Dzieł Naukowych i Technicznych KOPIPOL z siedzibą w Kielcach z opłat uzyskanych na podstawie art. 20 oraz art. 20¹ ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.