Odwaga interpretacji?

Leszek Szaruga

Nieszczęsna pani doktor Elżbieta Janicka z PAN-owskiego Instytutu Slawistyki, która odkryła gejowskie tło przyjaźni między współtwórcami Szarych Szeregów „Zośką” i „Rudym”, a w dodatku wykazała antysemickie podłoże Kamieni na szaniec oraz podała pod rozwagę celowość pozostawiania tej książki w zasobach lektur szkolnych, nie tylko wybiła się na publicystyczną postać zajmującą uwagę czytającej publiczności (zdumionej odwagą interpretacji tej uczonej), lecz również dokonała czynu, za sprawą którego wzrośnie jej „cytowalność”, co prawda chyba nie w pracach naukowych, toć przecież w wypowiedziach nauce poświęconych, a wydobywających na światło dzienne różne naukawe poczynania, tym się wyróżniające, że naukę ośmieszają.

Nie zawsze takie śmichy-chichy mają, jak w tym wypadku, mocne podstawy – dość przypomnieć rozkręconą parę dziesiątków lat temu przez „Politykę” głośną aferę doktoratu, którego autor zajął się grą w palanta. Powodów do radości było wiele, już sama nazwa gry prowokuje do żartów czy wręcz dowcipasów, a przecież niekoniecznie muszą być one uzasadnione, gdyż gra w palanta, jak wszelkie inne gry i zabawy, sama z siebie nie musi być zupełnie marnym materiałem badawczym, a przeciwnie – może kryć w sobie wiele interesujących problemów, jak choćby wymiar społeczny owej gry, jej reguły i odstępstwa od nich itd. W końcu grom i zabawom oraz ich roli w kulturze poświęcił Johan Huizinga wcale uczone dzieło zatytułowane Homo ludens , które, bywa, polecam moim studentom jako lekturę co najmniej uzupełniającą, choć czynię to z pewną rezygnacją, pamiętając ujawnioną niedawno przez znanego artystę scen polskich informację, iż połowa kandydatów do szkoły teatralnej nie potrafi z niczym skojarzyć słowa „Molier”.

Z pozoru zatem i naukawa praca dr Janickiej nie powinna być z góry traktowana jako bezwartościowa czy wręcz – proszę wybaczyć mocne określenie – głupia bądź idiotyczna. Zapewne badaczka postanowiła w dobrej wierze dokonać przewietrzenia kanonu, zechciała obalić kolejne tabu, których wszak w polskiej literaturze, jak w każdej zresztą, nie brakuje. Dokonała tego w sposób, w jaki coraz częściej się tego dokonuje. Pisząc zatem, że w tej harcerskiej opowieści z czasów wojny nie pojawiają się Żydzi, wywodzi, iż autor czy – delikatniej – narrator ma do Żydów stosunek niewłaściwy, gdyż Żydzi, i owszem, co powszechnie wiadomo, w ówczesnej Warszawie egzystowali. Podobnie postępuje inna badaczka, która dowodzi kłamliwości autora opisującego Pragę czeską, na kartach jego książeczki albowiem pojawiają się wyłącznie mężczyźni, nie ma żadnej kobiety, a wszak w Pradze, jak wiadomo, kobiet nie brakuje, czego jednak szowinistyczna męska świnia zauważyć nie potrafi. Janickiej oczywiście chodzi o sprawy poważniejsze, przeto z rozmachem obnaża słabość książki, która rzeczywiście do arcydzieł literackich nie należy, lecz zamiast ckliwego patriotyzmu, którym jest nasączona, dostrzega jakieś groźne fantazmaty.

To zresztą też żadna nowość. Słabe, na pół grafomańskie, choć porywami serca dyktowane utwory literackie łatwo poddają się fałszywym odczytaniom. Dobrym przykładem jest znany powszechnie wierszyk niemieckiego poety Augusta Heinricha Hoffmanna von Fallersleben zaczynający się od słów „Niemcy, Niemcy ponad wszystko”, wzywający swego czasu do zjednoczenia mnogości państewek niemieckich (wszak i dziś mamy do czynienia z ich federacją, czego wielu wciąż jeszcze nie umie u nas dostrzec) i ociekający sentymentalnym wzruszeniem. Naziści, później zaś także, co jest swoistym chichotem historii, ich następcy uznali, że jest to wezwanie do postawienia Niemiec ponad wszystkim i uczynienia z nich groźnego monstrum. Gdy owo „ponad wszystko” w istocie przecież znaczy tyle, co wyznanie miłosne, nie zaś wezwanie do boju. Cóż – jak to dawniej mawiano: habent sua fata libelli. Nie wiadomo jednak dokładnie, dlaczego te losy muszą czasami być aż tak komiczne lub pożałowania godne.

Co nie oznacza, iż należy z odważnych interpretacji rezygnować, że nie należy przewartościowywać kolejnych pozycji kanonu, że nie wolno poddawać krytyce nawet niezwykle pieczołowicie przez wieki czy choćby tylko dziesięciolecia kultywowanych idei. Oczywiście, dziś już nikogo nie poruszy dokonana przez Witolda Gombrowicza obrazoburcza rozbiórka, jakiej poddał on pisane „ku pokrzepieniu serc” utwory pierwszego polskiego noblisty literackiego. Ale tęsknota za stawianiem Sienkiewicza ponad Gombrowiczem wciąż jeszcze nie wygasła, wręcz przeciwnie, zdaje się ostatnio ponownie rozżarzać, co zaobserwowałem w felietonie satyryka Marcina Wolskiego, domagającego się wielkim głosem: „pilnie potrzebujemy anty-Gombrowiczów i anty-Brzozowskich”. Żart średnio śmieszny, ale wyrażający potrzeby wielu, którym doskwiera zbyt żarliwe kultywowanie polskiej tradycji romantycznej i postromantycznej wyrażające się w rzekomym szydzeniu z wartości dla nich świętych. Dla tych właśnie ludzi prace w rodzaju „rewelacji” pani doktor Elżbiety Janickiej stają się – słusznie skądinąd – pożywną strawą. Takie bowiem „odważne interpretacje” spychają w cień wszelkie poważne próby przewartościowania tradycji i odważnego namysłu nad tym, co określa się mianem polskiej tożsamości, a co w moim przekonaniu nie jest dane raz na zawsze, ale stanowi zadanie, które nieustannie należy od nowa, w nowych okolicznościach, podejmować. Takie wszakże podejmowanie tego zadania, jakie proponuje pani doktor, jest nie tylko powodem mniej lub bardziej pomysłowych żartów, takich choćby, jak w felietonach Vargi czy Mellera, ale nade wszystko popisem zadowolonej z samej siebie, nadętej głupoty skrywającej się pod doktorskim biretem, która, gdyby sobie tylko szkodziła, byłaby niegroźna.