Łacina

Marek Misiak

W ciągu ostatnich kilku lat liczba godzin łaciny na studiach humanistycznych na wielu uczelniach została poważnie zredukowana i będzie redukowana nadal. Wraz z liczbą godzin spada liczba nauczających tego języka lektorów. Tam, gdzie łacina się ostanie, jej godzin będzie zbyt mało, aby zdobyć choć podstawową znajomość gramatyki tego języka. Nie będzie to już właściwie lektorat, ale swego rodzaju kurs podstaw wiedzy na temat łaciny, połączony z tłumaczeniem najważniejszych łacińskich sentencji. Sam w sobie na pewno studentom nie zaszkodzi, nie spełni jednak tej samej roli, jaką pełnił np. dwuletni kurs łaciny na moich studiach (polonistycznych) dziesięć lat temu.

Jako rasowemu humaniście proces ten wydaje mi się co najmniej niepokojący. Podobnie jak pewien poziom ogólnego wykształcenia jest potrzebny każdemu człowiekowi z wyższym wykształceniem, tak pewien poziom wiedzy ogólnohumanistycznej powinien być wspólny dla wszystkich osób z wykształceniem humanistycznym, takim lub innym (filologicznym, historycznym, filozoficznym itp.). Uczelnie mogą oferować studia humanistyczne albo studia zawodowe o profilu humanistycznym – ale nie nazywajmy ich wtedy studiami humanistycznymi. Jeśli studia humanistyczne mają poszerzać horyzonty i uczyć myślenia, łacina jest konieczna.

Archeologia lingwistyczna

Nieznajomość łaciny, a przynajmniej jej podstaw, do pewnego stopnia ogranicza humanistom horyzonty – mówi dr Adam Poznański z Instytutu Studiów Klasycznych, Śródziemnomorskich i Orientalnych Uniwersytetu Wrocławskiego. – Sądzę, że uczelnie są miejscem, w którym studenci powinni dążyć przede wszystkim do samodzielności myślenia. Nie sprzyja temu na pewno przyjmowanie gotowych rozwiązań problemów badawczych, bez żadnej refleksji nad drogą, którą przebył ten, kto je rozwiązywał. Jeśli chcemy sięgnąć głębiej i dokonać próby weryfikacji działań zarówno dawnych, jak i współczesnych uczonych, musimy sięgnąć do przeszłości, bliższej lub dalszej, aby prześledzić ich tok myślenia. Obecna nauka nie powstała ex nihilo w XX wieku i wszyscy obecni uczeni opierają się na dokonaniach poprzedników. Można tu przytoczyć stwierdzenie przypisywane dwunastowiecznemu filozofowi, Bernardowi z Chartres: „...nos esse quasi nanos, gigantium humeris insidentes” („Jesteśmy jak karły siedzące na barkach olbrzymów”). Nie chodzi tu o to, żeby na każdym kroku sięgać do starożytności, jeżeli jednak odwołujemy się do prac naukowców, którzy swoje wykształcenie odebrali jeszcze przed wojną, musimy pamiętać, że każdy z nich przeszedł solidny kurs łaciny jeszcze w szkole średniej. Dlatego znajomość łaciny pomaga lepiej wniknąć w ich sposób myślenia. Można to zauważyć, obserwując styl wielu polskich prac naukowych powstałych przed wojną. Ich autorzy, mimo że pisali po polsku, nierzadko stosowali szyk oraz figury stylistyczne właściwe właśnie dla łaciny, nie wspominając już o łacińskich sentencjach i zwrotach wplecionych w tok wypowiedzi oraz odniesieniach do konkretnych tekstów.

Deprymujący dla mnie jako humanisty jest fakt, że mój własny ojciec – fizyk – lepiej od wielu współczesnych humanistów zdaje sobie sprawę, że znajomość choćby podstaw łaciny i pewne obeznanie z łacińskimi tekstami pod kątem słownictwa wyraźnie ułatwia naukę języków obcych, i to nie tylko romańskich (np. w angielszczyźnie, choć jest to język germański, gros słownictwa pochodzi właśnie z łaciny). Nie jestem sobie w stanie wyobrazić filologa (dowolnego języka), który nie znałby podstaw łaciny, a jednocześnie prowadził badania nad językiem lub literaturą. Nie byłby po prostu wtedy w stanie mieć właściwego obrazu ani historii literatury, ani historii języka.

Odkrywając łacinę, odkrywamy historię innych języków, tak jakbyśmy się zajmowali lingwistyczną archeologią – wyjaśnia dr Poznański. Poznając słowa łacińskie, poznajemy pierwotne znaczenia wielu słów używanych współcześnie, szczególnie w tekstach naukowych. Dzięki temu możemy lepiej je zrozumieć i nauczyć się prawidłowo używać. Last but not least, nauka łaciny znakomicie uczy też logicznego formułowania myśli, tak aby były one jednoznaczne dla odbiorców. Pomaga w tym szczególnie tłumaczenie na łacinę, gdy dla uzyskania poprawności i klarowności wypowiedzi trzeba zachować bardzo wiele reguł gramatycznych i stylistycznych, nieporównywalnie więcej niż we współczesnych językach europejskich.

Martwy język

Łacina daje dostęp do fundamentów kultury zachodniej – dodaje dr Tomasz Szymański z Instytutu Filologii Romańskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. – Jak powiedział Ludwig Wittgenstein: „Granice mojego języka są granicami mojego świata”. Nie da się zrozumieć naszego dziedzictwa (antycznego, średniowiecznego, ale również nowożytnego czy nowoczesnego, zarówno duchowego, jak i materialnego) bez jakiejś podstawowej choćby znajomości łaciny. Innymi słowy – trzeba mieć tę znajomość, żeby w tyglu dzisiejszej kultury w ogóle wypracować sobie w sposób świadomy określony światopogląd – jakikolwiek miałby on być. Chciałbym położyć nacisk na to kluczowe słowo – świadomość.

Sami studenci najczęściej używają argumentu, że jest to od stuleci język martwy, a w związku z tym uczenie się go nie ma sensu, jeżeli nie będziemy go potrzebować do pracy naukowej (jak np. historycy starożytności i mediewiści). Znam miłośników łaciny, którzy na takie postawienie zagadnienia odpowiadają gorącymi zapewnieniami, że łacina nie jest językiem martwym. Przecież wciąż działający w Watykanie zespół naukowców dodaje do niej nowe słowa, aby dało się po łacinie określić takie przedmioty, jak laptop lub takie instytucje, jak portal społecznościowy. Łaciny używa się podczas katolickiej liturgii, gdy np. sprawują ją duchowni z różnych krajów (choć po prawdzie coraz częściej w takich sytuacjach łacinę zastępuje angielski). Jest też na świecie grupka osób umiejących mówić po łacinie i spotykających się na cyklicznych konwersacjach. To wszystko prawda. Ale to, że dany język jest w użyciu w konkretnych sytuacjach, nie oznacza jeszcze, że jest to język żywy. Byłoby tak wtedy, gdyby łacina była dla dającej się wskazać grupy ludzi językiem żywym – a tak niestety nie jest.

Jednak to, że łacina jest językiem martwym, nie może być argumentem udowadniającym rzekomy bezsens jej nauczania.

Łacina z jednej strony jest językiem martwym, ale z drugiej strony wciąż żywym w sposób ukryty w całej naszej kulturze – mówi dr Szymański. – Być może warto więc o tym przypominać. Większości ludzi jednak na tym dzisiaj specjalnie nie zależy, ponieważ stawianie pytań o sens, o znaczenie, refleksja nad tym „skąd przychodzimy, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy” niestety zeszła na dalszy plan pod naporem myślenia czysto utylitarnego i konsumpcyjnego.

Kompetencja kulturowa

Jakie są przyczyny ograniczania zakresu nauczania łaciny na humanistycznych kierunkach studiów? Najbardziej oczywistym powodem wydają się oszczędności finansowe – jest kryzys, więc potrzebne są cięcia, również na Senece i Horacym. Moi rozmówcy uważają jednak, że przyczyny są głębsze.

Myślę, że decydujące są tutaj względy pragmatyczne – stwierdza dr Szymański. – O studentów trzeba coraz bardziej „zabiegać”, wydaje się że kiedyś było odwrotnie – to oni musieli zabiegać o studia. Siłą rzeczy zatem to kandydaci na studia mają rosnący wpływ na ustalanie programu kształcenia; ich oczekiwania zaś idą po linii praktycznego zastosowania konkretnej wiedzy (mówiąc bardzo kolokwialnie i dosadnie – „łacina się nie przydaje, więc po co się jej dzisiaj uczyć?”). Władze uczelni zdają się wychodzić naprzeciw tym oczekiwaniom, kształtowanym szerzej przez sytuację społeczno-ekonomiczną. Widoczne jest to na przykładzie kierunków filologicznych, które coraz częściej zmieniają się w swoiste „szkoły językowe”, uczące języków, które mogą się przydać w karierze zawodowej lub w ogóle pomóc w zdobyciu jakiejkolwiek pracy (30 godzin, czyli 1 semestr łaciny w programie studiów romanistycznych na niektórych polskich uniwersytetach).

Zdaniem mojego rozmówcy omawiany problem stanowi jednak element bardzo szerokiego i złożonego procesu.

– Zglobalizowany rynek ma coraz większy wpływ na szkolnictwo i sferę publiczną – wskazuje dr Szymański. – I to on wyznacza obecne trendy w sposobie myślenia. Te trendy to m.in. krytyczny dystans do wszelkich instytucjonalnych form organizowania życia społecznego, decentralizacja, tworzenie lokalnych sieci i partykularnych wspólnot, indywidualizm dążący do modelowania własnego życia zgodnie z upodobaniami, postmodernistyczne waloryzowanie ludyczności, kreatywności, wyobraźni i bogactwa doświadczenia – to wszystko połączone z dominacją nowych technologii i technokratycznymi dążeniami w polityce i ekonomii. Łacina zajmuje bardzo ograniczone miejsce w tym kontekście. Była środkiem przekazu myśli kościelnej i filozofii klasycznej, całego modelu kultury i wiedzy związanego z nimi, a ten model się zdezaktualizował i został ostatecznie wyparty. Można metaforycznie stwierdzić, że Rzym (w sensie religijno-politycznej dominacji katolicyzmu w Europie, wraz z łaciną jako językiem urzędowym) upadł w XVIII-XIX wieku i zastąpiła go (po)nowoczesność. Można oczywiście różnie oceniać ten stan rzeczy w zależności od wyznawanego światopoglądu.

Ja sam odbyłem podczas studiów dwuletni, wymagający kurs łaciny – i zajęcia te procentują do dziś. Nie w pracy, więc nie przekładają się na zarabiane przeze mnie pieniądze. Ale świat nie kończy się przecież na pracy (choć rzecz jasna trzeba mieć za co kupić bułki). Uczyłem się nie sentencji łacińskich, ale podstaw tego języka – i dzięki temu mam choć pewne pojęcie o tym, czym jest łacina i jakie jest jej znaczenie dla kultury europejskiej. Jestem w stanie z większym zrozumieniem czytać literaturę starożytną (nie w oryginale, ale posiadając pewną wiedzę o oryginale), dostrzegam związki między różnymi językami europejskimi. Kwestia nauczania łaciny jak żadna inna pokazuje, że bycie człowiekiem wykształconym to coś więcej, niż bycie fachowcem. To też tzw. kompetencja kulturowa – nie tylko chęć uczestniczenia w kulturze, ale też umiejętność właściwego rozumienia tekstów kultury. 