Wiktorowie, cz. I Siedlisko

cz. 1 Siedlisko Magdalena Bajer


Początek rodzinnych dziejów ma dokładną datę: 1414. A że dzieje te są zapisane w wielu dokumentach, zaś bliżej naszym czasom także w pamięci potomnych, zajmą mi pewnie kolejne opowieści. Zasadne to jest również dlatego, że w historii Wiktorów, od jej dawnych początków do dzisiaj, skupiają się wszelkie wątki, zdarzenia oraz przeżycia typowe dla polskiej inteligencji, a także wszelkie warianty losów jej przedstawicieli.

Rodowód

W ziemi sanockiej na terenie Małopolski powstał pierwszy dokument zawierający nazwisko Wiktor (pochodzące od imienia) z Wiatrowic. Było to sprawozdanie sądu sejmikowego stwierdzające, że noszący je jest bene natus et possessionatus, czego przed owym sądem dowiódł.

Później tradycja trochę się rwie, jak to określa dobrze ją znający prof. Andrzej Wiktor, który swoje rodzinne dzieje traktuje z sentymentem, ale i z krytycznym dystansem. Od XVI w. jest – do dzisiaj – ciągłość, znaczona udziałem w elekcjach i pierwszego Sasa na polskim tronie, i Stanisława Augusta, walecznością kilku Wiktorów w szeregach husarii Jana III pod Wiedniem. W domu rodziców mego rozmówcy była połowa zbroi husarskiej (dzisiaj w muzeum rzeszowskim), której drugą połowę odziedziczył inny potomek.

W rodzinnych majątkach, rozsianych od Rzeszowa aż pod Lwów, rodziło się wiele dzieci, co sprawiało, że posiadłości się rozdrabniały, a właściciele przestawali być possessionati i musieli szukać pracy u bogatszych albo w mieście.

Jego ojciec odziedziczył jeden z trzech majątków niedaleko Rzeszowa: Nową Wieś. Dwa sąsiednie przypadły ciotce i przyrodniemu stryjowi. Do dzisiaj stoją tamtejsze dwory, mieszcząc technikum i dom dla psychicznie chorych. Władze gminy w III Rzeczypospolitej proponowały panu profesorowi kupno (!) doprowadzonego do ruiny dworu w Nowej Wsi, ostatecznie jednak nabył dwór kto inny i porządnie wyremontował. W parku zostało tylko kilka stuletnich dębów, na ziemi należącej do rodziny pobudowali się miejscowi gospodarze.

Andrzej Wiktor opowiadał mi o tym w Muzeum Przyrodniczym Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie przepracował wiele lat, a teraz, będąc na emeryturze, dalej pracuje naukowo. Słucham, przyjechawszy do miasta, w którym kiedyś skończyłam ten sam uniwersytet, a moi rodzice kontynuowali swoje akademickie drogi rozpoczęte we Lwowie. Warto sobie od czasu do czasu przepowiedzieć poplątane przez historię powszechną (używam świadomie tego szkolnego określenia) biografie członków rodzin inteligenckich, bo, jak sadzę, są w nich źródła szczególnego poczucia tożsamości, której głównym składnikiem pozostaje przeświadczenie o szerszych niż zawodowe powinnościach i przekonanie, że się im sprosta, zyskując najlepszej próby satysfakcję.

Przyrodnicze geny

Rodzinne gniazdo opuszczali państwo Wiktorowie z czwórką dzieci w pośpiechu (uciekając przed sowietami) i z niewielkim dobytkiem. Po przejściu frontu dwaj starsi bracia pana profesora zdali maturę, on i starsza od niego siostra musieli zmienić szkołę, gdy rodzina przeniosła się do Sopotu, gdzie ojciec, z właściwym ziemiańskim synom wykształceniem rolniczym, znalazł pracę – na bardzo poślednim stanowisku – w centrali państwowych gospodarstw, późniejszych PGR−ów. I to jednak okazało się w czasach stalinowskich „za wiele” dla „bezeta” (używane wówczas określenie – bez ziemi/były ziemianin), którego zesłano do Sztumu, skąd wrócił dopiero po Październiku.

– Największy majątek, jaki wynieśliśmy z domu, to była świadomość, że wartości materialne są złudne, opłaca się inwestycja we własną głowę. Dlatego słowa Jana Pawła II, że mniej trzeba mieć, a bardziej trzeba być, były dla nas oczywistością. Dorobiliśmy się życia, którego człowiek się nie wstydzi i mnóstwa satysfakcji.

Zdaniem autora tych słów, w rodzinie były „jakieś geny przyrodnicze”, których aktywności sprzyjało życie na wsi. On sam wychowywał się wśród otaczającej dwór przyrody przez dwanaście pierwszych lat. Wśród zachowanych archiwaliów rodzinnych jest pierwszy polski podręcznik zoologii ks. Krzysztofa Kluka, jeszcze na czerpanym papierze. Cioteczna babcia pana profesora napisała dziełko o pięknie kwiatów, zawierające sporą wiedzę biologiczną.

Babcia rodzona „wysoko mierzyła” i posłała jego ojca na nauki do Theresianum w Wiedniu – ekskluzywnej szkoły dla przyszłych dyplomatów i c.k. urzędników, z surowym, niemal wojskowym reżimem. Wyrzucony za uczniowskie psoty (strzelanie z procy do butelek z piwem na przejeżdżającym furgonie) znalazł się w Szwajcarii w liceum, gdzie uczono w trzech językach i przy każdym posiłku należało w innym z nich rozmawiać, gdzie uprawiano sporty i panowały demokratyczne stosunki. Przyrodnicze geny Wiktorów nie pomagały w zgłębianiu zawiłych koligacji Habsburgów, które trzeba było znać do matury, tę zaś mieszkaniec Galicji musiał zdawać nie w Szwajcarii, lecz w Wiedniu, żeby została uznana przez austriackie władze oświatowe. Pomógł mu rabin – członek komisji egzaminacyjnej, w skład której wchodzili przedstawiciele wszystkich kościołów, pokazując palcami na swej długiej brodzie, kolejne daty, o które pytano.

Pierwszą wojnę światową przewojował w Alpach, na włoskim froncie, gdzie mógł obserwować wysokogórską przyrodę. Wiele lat później syn Andrzej prowadził w tej okolicy badania.

Po wojnie Józef Wiktor (senior rodu) ukończył Kursy Turnaua – przyśpieszoną szkołę nowoczesnego gospodarowania, zarządzania dobrami ziemskimi, przedsiębiorczości, jak byśmy dziś powiedzieli, założoną we Lwowie dla niebogatych synów rodzin ziemiańskich i zamożnych synów światłych włościan. Bardzo trafny okazał się ten wybór dla kogoś, kto miał zainteresowania ścisłe, przywiózł do kraju znajomość alpejskiej flory i fauny, porównywanej z rodzimą, a właśnie odziedziczył spory kawałek ziemi po swoich antenatach.

Mój rozmówca przywołuje szczegóły z rodzinnej historii, bo w niej widzi źródła własnych wyborów życiowych i fundament postawy wobec świata, której starał się bronić, gdy była kwestionowana przez narzuconą ideologię i której stara się być wierny.

Uszedłszy niebezpieczeństwom, walcząc podczas wojny bolszewickiej 1920 r., jego ojciec wrócił do swojej podrzeszowskiej Nowej Wsi, żeby uprawiać ziemię, specjalizując się w uprawie rzepaku i buraków cukrowych. W 1939 znów poszedł walczyć. Wzięty do niewoli przez Niemców wyskoczył z pociągu, a później aresztowany i przesłuchiwany był przez wojskowego komendanta Krakowa, Austriaka i, jak się okazało, młodszego kolegę z Theresianum i ten go wypuścił.

Akwakultura w rodzinie

Czwórka dzieci ujawniała przyrodnicze geny hodując „wszystko, co się dało – z padalcami, rybami, ryjówkami, zającami, sarnami etc.”, posiłkując się „główną książką”, tj. kilkunastotomową encyklopedią przyrodniczą Meyera, a w najtrudniejszych sprawach pytając ojca.

Najstarszy brat Józef zaczął studiować biologię w UJ, ale za udział w manifestacji studenckiej w 1946 r. został aresztowany i przesiedziawszy kilka tygodni musiał opuścić Kraków. Studia skończył w Poznaniu, po czym, po krótkiej asystenturze, przeniósł się do Morskiego Instytutu Rybackiego, pracując najpierw w jego filii w Trzebieży, potem wiele lat w Świnoujściu, wreszcie w Gdańskiej centrali instytutu. W tej placówce przeszedł wszystkie szczeble kariery akademickiej. Wykładał także w Uniwersytecie Gdańskim akwakulturę. Mówiąc o tym brat Andrzej robi dygresję o wspólnym w dzieciństwie wędkowaniu w dworskich stawach i Wisłoku, co wtedy nie wróżyło ichtiologicznej przyszłości jednego z Wiktorów, zwłaszcza że dzielił on zapał między łowienie ryb i łapanie motyli. Naukowo prof. Józef Wiktor zajmował się najpierw fauną i ekologią Zalewu Szczecińskiego, później rybami afrykańskimi, kiedy polscy rybacy zaczęli łowić na afrykańskim szelfie, wreszcie hodowlą pstrągów w zamkniętych siatkowych pojemnikach na Zatoce Puckiej, skąd można je było dobywać „prosto na stół”.

Jego żona, Krystyna (oboje już nie żyją), pewnie też miała przyrodnicze geny; jej specjalnością naukową stał się plankton morski. Pani prof. Swierzawska−Wiktorowa spowodowała przeniesienie się rodziny do Gdańska, bo, kiedy powstawał Uniwersytet Gdański, uznała, że trzeba zorganizować tam oceanografię jako kierunek studiów – pierwszy i jedyny w Polsce, a także ośrodek badań naukowych. Zamysł się powiódł – gdańska oceanografia ma już dość długą i bardzo dobrą tradycję, pamięć pani profesor jest z nią trwale związana, a w dziejach rodziny ta specjalność zajmuje ważne miejsce.

Ich syn, bratanek mojego rozmówcy, jest doktorem botaniki i pracuje w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie, zajmując się glonami rosnącymi pod lodami Arktyki. Z trójki jego z kolei dzieci starszy syn skończył oceanografię, młodszy kończy biologię, a córka fizykę. Być może trzeba będzie mówić o genach „przyrodoznawczych”, rozumiejąc przez to niesłabnącą ciekawość stworzonego świata przy respekcie do wytworów ludzkiego umysłu i ducha. Do tego ostatniego stwierdzenia upoważnia mnie m.in. systematyczna i aktywna obecność prof. Andrzeja Wiktora na spotkaniach dyskusyjnych w salonie prof. Dudka, zarówno podczas „pierwszego żywota” tego szczególnego miejsca, jak i w nowym wcieleniu, po śmierci założyciela.

W pokoleniu Józefa i Andrzeja oraz następnych studiowanie, później praca naukowa, stały się oczywistym dążeniem, jakkolwiek tym pierwszym, dorastającym w powojennej Polsce, dzieciom rodzin ziemiańskich nie było łatwo ani na studia się dostać, ani pracy naukowej poświęcić, choć nauka stanowiła sferę stosunkowo największej, limitowanej przez ówczesne władze, swobody.

Nie mogli przewidywać u początku drogi, że historia przywróci im oraz ich przodkom prawo do miejsca w pamięci, zajmowanego „wedle zasług”, a te oceni sprawiedliwie wolne społeczeństwo. W krótkim czasie powojennej euforii odbudowywania zniszczonego kraju żywili, jak wielu Polaków, złudzenia, którym władze rychło brutalnie zaprzeczyły, spychając przedstawicieli warstwy ziemiańskiej en bloc do kategorii obszarników−wyzyskiwaczy, choćby mieli mało (albo wcale) „dusz” do wyzyskiwania i mimo iż „wyzyskiwani” nierzadko dawali świadectwo dobrych stosunków oraz wdzięczności dziedzicom. Moje pokolenie w powojennej szkole przekonywano, że żałośnie biedna (?) przedwojenna Polska była w tak złej kondycji z powodu klasowego egoizmu kapitalistów i obszarników. Przypominało mi się to dawne, kiedy słuchałam opowieści prof. Andrzeja Wiktora o różnych drobnych zdarzeniach, jakie mówią o gotowości jego, jego rodzeństwa i innych młodych ludzi z ich kręgu do służenia krajowi, choć nie był wolny, tam gdzie było najbardziej potrzeba – w zapleczu badawczym gospodarki morskiej, którą należało rozwijać, gdy zyskaliśmy spory kawał wybrzeża, w kształceniu potrzebnych specjalistów, w innych dziedzinach, o których będzie w dalszych częściach opowieści, a później w działalności opozycyjnej, kiedy się rodziła i krzepła.