Dostęp półotwarty

Jacek Wojciechowski


Utrwalone powiadamianie o wynikach procesów naukowych i o naukowych refleksjach oraz sprawne rozpowszechnianie tych powiadomień zawsze wieńczyło i nadal wieńczy działalność naukową, a także określa jej sens. I wprawdzie inne są dzisiejsze rozwiązania, inna jest skala zjawiska, jak też inne są efekty, to jednak trudności – choć również inne niż przedtem – jak były, tak pozostały. Widać je wszędzie, nie tylko u nas i nie do końca wiadomo, jakie przyjąć rozwiązania, które zresztą wymagają instytucjonalnych zmian strukturalnych oraz pieniędzy.

SZTUKA DOWIADYWANIA SIĘ

Żeby produktywnie uprawiać swoją naukową specjalność, trzeba dobrze wiedzieć, co aktualnie dodają do stanu wiedzy inni. Wiedzieć – to znaczy dowiedzieć się, gdzie szukać tych powiadomień, wstępnie ocenić wartość oraz do nich dotrzeć. Paradoksalnie, gigantyczna liczba potencjalnych powiadomień oraz ich globalny wymiar, raczej zamazują aniżeli wzbogacają świadomość tego, co się naokoło dzieje.

Narzędzia informacyjne w odniesieniu do bieżących, najnowszych dokonań naukowych funkcjonują bowiem źle. Naukowa informacja biblioteczna oraz czasopiśmiennicza, użyteczna dla dydaktyki i naukowej dokumentacji, progresywną działalność badawczą wspiera w zakresie ograniczonym. Tu bowiem liczy się szybkość, niezwłoczność, natychmiastowość i merytoryczna kompetentność powiadomień, a tej nikt, poza samymi zainteresowanymi, w pełni nie zagwarantuje. Tak więc, chcąc nie chcąc, rozpoznanie każdy musi przeprowadzać sam, posługując się głównie informacją wydawniczych oficyn naukowych, która jest często fatalna, a bywa, że żadna.

Nawet ktoś dobrze zorientowany w systemie podaży tekstów naukowych, gubi się wśród doniesień o bieżących nowościach, często bowiem nieuporządkowanych lub uporządkowanych pozornie. Na dodatek u nas praktyka jest taka, że o publikacjach niskonakładowych (dla specjalistów nierzadko bezcennych) informacji często nie ma wcale, bo dla wydawcy to jedynie kłopot. Żeby zatem znaleźć to, co potrzebne, trzeba nieustannie samemu grzebać w lawinie ofert polskich i obcych – z ogromnym nakładem czasu.

A wszak nie wystarczy samo powiadomienie. Trzeba jeszcze dokonać weryfikacji (czytać/nie czytać) oraz wybrane teksty pozyskać. To nieraz bywa trudne.

Teoretycznie najłatwiej dotrzeć do rodzimych czasopism naukowych, jednak w istocie – tylko niektórych. Naszych periodyków elektronicznych jest niewiele, dominują drukowane (trudno dostępne, ponieważ dostępność nie opłaca się nikomu), tylko selektywnie abonowane przez biblioteki. No bo brakuje pieniędzy, toteż nikt nie zaprenumeruje czasopisma dla trzech albo sześciu osób. Tak więc prawie każdy z nas prenumeruje coś indywidualnie. Ale ile można?

Zagraniczne czasopisma są jeszcze trudniej dostępne, bo ceny zbijają z nóg. Równie zabójcze są licencyjne opłaty za periodyki elektroniczne. Da się więc dotrzeć tylko do tego, co jakimś cudem zapewniają biblioteki. Ale obszary niedostępności są duże.

Również biblioteczne pośrednictwo książkowe, dostateczne dla studentów i dydaktyków, nie nadąża za potrzebami tych osób (być może nielicznych, ale ważnych), które muszą mieć natychmiastową wiedzę o najnowszych ustaleniach naukowych. Wydawnicze (rodzime) nowości są w bibliotekach dostępne w dwa−cztery miesiące od edycji. Niby szybko, ale dla niektórych jest to zwłoka nie do przyjęcia. Znowu więc powstaje konieczność kupowania własnym sumptem, na co buntuje się portfel, a i organizacyjnie nie jest to łatwe.

Księgarnie bowiem źle znoszą obrót książką naukową. Nie chcą, nie mogą, czasem nie potrafią. W księgarniach sprzedaje się dobrze jeden tytuł w stu egzemplarzach, natomiast fatalnie – sto tytułów po jednym egzemplarzu. A w tych nielicznych, które książek naukowych nie unikają, na ogół trudno cokolwiek znaleźć. To nie jest handel, lecz proteza handlu.

Dlatego książki naukowe próbują sprzedawać sami wydawcy, w trybie internetowym, jednak nie wszystkim się chce. Sprzedaż wysyłkowa niskonakładowej książki – której edycja została wszak zrefundowana – jest tylko kłopotem, a nie intratą. Ci, którzy próbują robić to porządnie, kierują się zawodowym honorem, ale to nie jest kategoria rynkowa.

Lista oficyn akademickich, które o wielu publikacjach nie powiadamiają lub powiadamiają w sposób (celowo?) nieczytelny, a potem nie reagują na zamówienia, byłaby dłuższa niż długa. Zresztą doświadczenia z firmami zagranicznymi wcale nie są lepsze. Ukrywanie cen i dat wydania, nadmuchiwanie opłat za porto, ignorowanie zamówień – to jest praktyka nagminna. Ceny zaś bywają księżycowe. W tej sytuacji zakrawa na cud, że mimo to orientujemy się nieźle, co w naukowej trawie piszczy.

JAK DODAĆ SWÓJ WKŁAD?

To, czym się wszyscy w nauce zajmują, powinno – pomijając chłam, więc po weryfikacji – dopełniać jej wspólne zasoby. Obok stwierdzeń ważnych, również o różne opinie drobne, które każdy wnosi, na tym to bowiem polega, żeby mieć swój wkład. Otóż z tym wnoszeniem są liczne trudności, które wielu naukowym procesom odbierają sens. Bo żeby ten wkład był, trzeba te swoje opinie ogłosić, a w związku z tym powstaje pytanie: za co oraz gdzie? Najprościej, wydawałoby się, wskazać czasopisma naukowe, lecz nie jest ich dużo. Niektóre znikają, inne ukazują się z opóźnieniami, a wszystko dlatego, że nie ma kto ponosić kosztów. To nie zmierza w dobrym kierunku.

Najlepsi w swoich dziedzinach kłopotów publikacyjnych ewentualnie nie mają, ale nauka na nich się nie kończy. Są inni, być może niewiele gorsi, oraz ci, którzy dopiero startują – dla nich często nigdzie nie ma miejsca. To czyni cały wysiłek bezproduktywnym i szanse naukowego rozwoju opóźnia bądź nawet redukuje do zera. W tym kontekście już marginalny jest fakt, że honoraria za publikacje w czasopismach naukowych albo nie istnieją, albo są karykaturalne.

Jeszcze więcej trudności towarzyszy publikowaniu książek naukowych. Wyjąwszy nieliczne grono autorów i kilka dyscyplin, których i w których książka naukowa jest z natury rzeczy wziętym towarem „rynkowym”, wydawanie tych książek ma niedobre cechy działalności charytatywnej. A to w sposób dramatyczny redukuje sens i wartość pracy naukowej.

W całym procesie tworzenia książki naukowej napisanie jej, jak się okazuje, jest stosunkowo najmniej kłopotliwe. Schody zaczynają się później. Trzeba w roli proszalnego dziada starać się o grant, którego nikt łatwo nie da, bo środków jest mało, wyprosić bezpłatnie (czyli na mocy usługi towarzyskiej) opinie o tekście, a potem rozpocząć współpracę z wydawcą, która także łatwa nie jest. Mowa bowiem o produkcji deficytowej, o której wytwórca/wydawca myśli ze zgrozą, a ewentualnie przyznany grant pokrywa zazwyczaj połowę skalkulowanych kosztów. Wobec tego „na pniu” anuluje się autorskie honoraria (pisanie książek „za friko” jest zajęciem osobliwym), a dalsze pomysły oszczędnościowe rodzą się wariantywnie.

Najlepiej – wstępnie kalkulując koszt wydania tysiąca egzemplarzy i przejmując grant refundujący połowę – wydać następnie czterdzieści egzemplarzy (reszta: „w pamięci komputera”) i spokojnie „wyjść na swoje”. Pod warunkiem, że nie będzie żadnej sprzedaży, bo to tylko podwyższa koszty. Można też pomniejszyć czcionkę, a więc i rzeczywistą objętość, wyrzucić indeksy i inne dodatki, będzie jeszcze taniej. Autor może sobie pozgrzytać zębami, ale nie ma nic do gadania. Ponieważ, w dodatku, niektóre uczelnie wprowadziły grantowe preferencje dla wydawnictw własnych i powstała sytuacja „przedrynkowa”, w której warunki są podyktowane z góry, to jest stan patologiczny. W wydawaniu książek naukowych dominują bowiem reguły paternalistyczne, a rozpowszechnianie jest mało drożne. Wszystko zaś dlatego, że to nie jest (lub nieczęsto jest) ten rodzaj produkcji, którą mógłby sterować popyt. Potrzebne są zatem nowe rozwiązania, co na świecie też sobie uświadomiono.

INNY TRYB

W rezultacie zarysowuje się koncepcja rozwiązań dwutorowych, w trybie nieco innym aniżeli dotychczas. Z tą jednak „zagraniczną” różnicą, że naukowa książka angielskojęzyczna trafia na nieporównanie większy potencjalny rynek zbytu niż polska. Dlatego jest znacznie szerzej osadzona w obiegu komercyjnym. Ale różnica dotyczy skali, natomiast same pomysły mogą być podobne.

No więc istnieje (tam większy, tu mniejszy) obszar tematyczny, w którym książka naukowa może na siebie zarobić, a nawet przynieść jakiś zysk, czasami niemały. Taką oficyny edytorskie wydają chętnie, jakkolwiek coraz wyraźniej te większe, a więc albo pozauczelniane, albo uczelniane (zwłaszcza renomowanych uniwersytetów), lecz pełniące funkcje wydawnictw uniwersalnych, czyli międzyuczelnianych. Tam bowiem, gdzie takich książek można wydać dużo, perspektywy są zachęcające. Sytuacja zaś, kiedy każda uczelnia próbuje utrzymać wydawnictwo własne – w większości wszak małe, promocyjnie słabe i z mierną organizacją zbytu – ma się chyba ku końcowi. Bo to powoduje dodatkowe obciążenie nauki kosztami pozamerytorycznymi, bez żadnego efektu. Widać to zwłaszcza na rynku elektronicznych czasopism naukowych. Koszty ich edycji – wbrew mniemaniom znaczne i stąd słone ceny za wykupienie licencji – tylko duże firmy wydawnicze potrafią udźwignąć i mieć jeszcze pożytek.

Ale obok tych książek naukowych, które rozchodzą się dobrze, jest o wiele więcej takich, których obieg już z założenia jest nikły, muszą więc być w pełni dotowane. W odniesieniu do nich, zaczyna być pożytkowany jeden z wariantów idei Open Access, czyli bezpłatnego dostępu do książek ulokowanych w sieci elektronicznej.

Sama koncepcja początkowo zmierzała (i zmierza nadal) do stworzenia elektronicznych repozytoriów dla tych książek naukowych, które z biegiem czasu straciły szanse na obieg sprzedażny, ale nie straciły wartości treściowej.

Pojawiła się mianowicie sugestia, żeby poprzenosić je (zremediować) do sieci i tą drogą rozpowszechniać bezpłatnie. Oczywistą niedogodnością tego rozwiązania jest przenoszenie w całości długich i jednolitych tekstów z semiotycznego systemu sekwencyjnego (druku) na system z natury niesekwencyjny (elektroniczny). Są jednak liczne opinie, że lepsze takie rozpowszechnianie niż żadne.

W pierwotnej koncepcji Open Access przyjęto założenie, że sieciowe rozpowszechnianie bezpłatne musi łączyć się automatycznie z brakiem wpłat dla autorów oraz wydawców, co nie wywołało ich entuzjazmu. I może dlatego, na razie, w tym trybie weszło do obiegu bardzo niewiele „starszych” książek naukowych. Ale tak nie musi być. Dlatego pojawiły się głosy, żeby tę koncepcję zmodyfikować i zastosować wobec tych nowych publikacji naukowych, które na jakikolwiek obieg książkowy szans nie mają żadnych. Zamiast więc wydać trzydzieści egzemplarzy książki, lepiej zainstalować tekst w sieci i przeznaczyć tą drogą do obiegu bezpłatnego. Koszty realizacji będą wtedy znacznie mniejsze niż przy edycji książkowej, zatem grant – jakkolwiek konieczny – może być zredukowany, pokrywając jeszcze elementarne honorarium autorskie, którego w tej chwili na ogół nie ma i to jest bez sensu. W konsekwencji zaś ustanie potrzeba utrzymywania aż tylu wydawnictw uczelnianych. Edycje elektroniczne mogą bowiem i powinny przejąć uczelniane biblioteki, oczywiście po odpowiednim doposażeniu, ale przy kosztach nieporównanie niższych. I tak zresztą już, tu i ówdzie, jest.

To ułatwi tworzenie bibliotecznych repozytoriów elektronicznych do bezpłatnego, publicznego wykorzystania na zasadzie wzajemności. Oszczędzi się wtedy dodatkowo pewną, bywa że niemałą, część bibliotecznych środków na zakupy publikacji (właśnie) niskonakładowych. Lecz, co najważniejsze, dokona się odblokowanie tych naukowych doniesień, które dotychczas układały się tylko w statystyczny, archiwalny rejestr zasobów i nawet przy krótszej trwałości nośnika jest to zasadnicza, a korzystna zmiana jakościowa. Zarazem szybkość podaży wzrosłaby radykalnie.

Można w ten sposób poprawić to, co aktualnie kuleje i do tego, być może, powoli dojrzewamy, pozostawiając w księgarskim obiegu sprzedażnym tę (trwalszą, więc droższą) książkę naukową, która ma szanse na szerszy odbiór i zbyt, a jednocześnie tworząc inną (elektroniczną) możliwość cyrkulacji doniesień drobnych lub wąskospecjalistycznych.

Nie jest to najprawdopodobniej obieg szeroki, raczej półotwarty, lecz na pewno lepszy niż ten, który jest „poprzymykany”. Tyle że trzeba go dopiero zorganizować.

Prof. dr hab. Jacek Wojciechowski, bibliotekoznawca i literaturoznawca, kieruje Katedrą Bibliotekarstwa UJ.