Sparametryzować

Paweł Misiak


OSparametryzowaćesowe ocenianie pojedynczych uczonych i instytucji naukowych jest niewątpliwie potrzebne ze względów praktycznych. Najważniejsza chyba jest w tym względzie sprawa finansowania badań, prowadzących je instytucji i poszczególnych pracowników. O pieniądzach tych decydują na najwyższych szczeblach politycy, a na niższych urzędnicy. Sądząc z budżetów uchwalanych w ostatnich latach, ci pierwsi, niezależnie od reprezentowanej opcji politycznej, uważają naukę za rodzaj budżetowego balastu. Urzędnicy zaś dzielą przydzielone przez polityków „ochłapy”, przypisane w budżecie państwa nauce, posługując się nie zawsze jasnymi kryteriami. Na szczeblach najniższych, na przykład na poziomie wydziału, następują kolejne podziały.

Z perspektywy rządowej nauka to po prostu jeden z resortów, dziedzina życia społecznego, którą – choć zapewne niechętnie – trzeba finansować z pieniędzy publicznych. Społeczeństwo, czy jak chcą inni – naród, rękami swoich przedstawicieli podejmuje decyzje o podziale pieniędzy podatników między poszczególne instytucje publiczne. Wśród nich nauka konkuruje między innymi z ochroną zdrowia czy wojskiem. W takich zawodach nauka stoi z góry na straconej pozycji, jako że stanowi przedmiot finansowania niezbyt wyraźnie określony, mało konkretny, a także słabo przewidywalny. Znacznie łatwiej bowiem, przeliczywszy rzecz na pieniądze, przewidzieć, o ile więcej osób może przeżyć dzięki zakupieniu na przykład nowych aparatów do dializy bądź nowoczesnych urządzeń diagnostycznych. Łatwiej też – jak się zdaje – określić, jak wzrośnie siła bojowa armii dzięki zmianie umundurowania i wprowadzeniu nowego rodzaju skarpetek. W sferze nauki natomiast trudno przewidzieć, jakie odkrycia zostaną poczynione dzięki sfinansowaniu tych czy innych kierunków badań, zwłaszcza w dziedzinach podstawowych. Znaczenie ogólnocywilizacyjne czy kulturowe rozwoju nauki nie ma tu w zasadzie nic do rzeczy, bo z rozpowszechnionego punktu widzenia pieniądze to rzecz konkretna i konkretne pożytki powinny płynąć z ich używania.

miary i wagi

W prawie wszystkich etapach przydzielania pieniędzy na naukę uczestniczą przedstawiciele zainteresowanych środowisk, czyli naukowcy, czy to pełniąc role urzędników, czy wchodząc w skład gremiów opiniujących. (Pomijam aspekt – interesujący być może z perspektywy psychologicznej bądź socjologicznej – występowania uczonych w roli reprezentantów społeczeństwa lub władzy, kiedy to zdaje się podlegać zmianie ich widzenie rzeczywistości.) W obydwu przypadkach pojawia się dość naturalna tendencja do – czasem podświadomego – faworyzowania jednych, oczywiście kosztem innych, bo przecież „tort” do podziału ma mocno ograniczoną wielkość. Decydujący o rozdziale pieniędzy są tylko ludźmi i trudno się spodziewać, by w podejmowanych decyzjach zachowywali doskonały obiektywizm. Jak głosi znane powiedzenie (wzięte ponoć z Plauta), bliższa ciału koszula, łatwiej zatem zrozumieć potrzeby w dziedzinach zbliżonych do własnej niż w innych, o których ma się nieco mniejsze pojęcie.

Oczywiście, warto tu postawić pytanie: co w tym kontekście oznacza obiektywizm? albo dokładniej: czy można jakoś sparametryzować znaczenie tych czy innych osiągnięć w różnych dziedzinach tworzenia wiedzy, w szczególności zaś nauki, i to najlepiej w sposób interdyscyplinarny? Innymi słowy, byłoby dobrze móc przypisać badaniom w różnych dziedzinach jakieś obiektywne, a zarazem porównywalne wielkości (najlepiej liczbowe, ewentualnie wielowymiarowe), by następnie za ich pomocą móc zestawiać ze sobą wyniki osiągnięte w naukach podstawowych i aplikacyjnych albo ścisłych i humanistycznych. Ponieważ, jak argumentują niektórzy, ścisłe rozgraniczenie między działalnością stricte naukową (rozwijanie nauki) a pojęciem szerszym, jakim jest tworzenie wiedzy, nie jest możliwe, najlepiej, by taka parametryzacja pozwalała oceniać także efektywność tego drugiego, czyli szeroko pojętego wzbogacania wiedzy. Do tego jednak, jak się wydaje, droga jeszcze daleka.

Jeśli chodzi o naukę, a zwłaszcza jej dziedziny bardziej podstawowe, w których efektem pracy są publikacje, a efektywność mierzona jest parametrami odnoszącymi się do liczby publikacji i cytowań oraz rozmaitych współczynników znaczenia (impact factor), jest sporo różnych propozycji, o których miałem parokrotnie okazję wspominać w tym miejscu. Optowanie za konkretnym kryterium ustalania rankingu znaczenia osiągnięć bądź ich autorów – czy będzie nim cytowalność, czy impact factor czasopism, w których zamieszczane są publikacje, czy jakieś bardziej skomplikowane parametry – w dużym stopniu zależy od „korzeni naukowych” osób podejmujących decyzje o wyborze kryterium – czy to bezpośrednio, czy pośrednio, w roli eksperta czy doradcy jakichś organów decyzyjnych. I tak, na przykład, można zauważyć dość silną dodatnią korelację między osiągnięciami w dziedzinie nauk podstawowych a argumentowaniem za wyjątkowym znaczeniem tzw. listy filadelfijskiej Fot. Stefan Ciechanasopism w ocenie wartości publikowanych prac.

obiekcje

Gdy mowa o podejściu ponaddyscyplinarnym, warto wspomnieć zaobserwowane przez przywołanego już kiedyś w tym miejscu Igora Podlubnego „prawo stałych stosunków” średniej liczby cytowań w różnych dziedzinach nauki. Ostatnio przedstawił on artykuł, napisany wraz z Katariną Kassayovą, w którym pokazuje, iż podobne (z nieco innymi współczynnikami) prawo stałych stosunków można zaobserwować w odniesieniu do najczęściej cytowanych autorów prac reprezentujących różne dziedziny nauki (zob. www.arxiv.org/ math.ST/0603024). W załączniku autorzy zamieszczają przygotowaną na podstawie tej obserwacji i danych uzyskanych z uznanych źródeł (Thomson ISI, witryna internetowa In−Cites i publikacje amerykańskiej NSF) interdyscyplinarną listę 200 „supergwiazd” w dziedzinie cytowań. Warto się jej przyjrzeć, mając wszelako na uwadze przedstawione w zakończeniu pracy zastrzeżenia na temat jakości wykorzystanych danych i uzyskanych wyników.

Zastrzeżenia ogólniejszej natury, dotyczące parametrycznego oceniania osiągnięć naukowych (w szerokim znaczeniu tego słowa), wysuwa z kolei w swoim artykule J.C. Barmejo Barrera (arxiv.org/physics/0602167). Formułuje on mianowicie sześć założeń, na których opierają się owe ilościowe i jakościowe metody oceny osiągnięć w dziedzinie nauki i szerzej: tworzenia wiedzy. Są wśród nich stwierdzenia takie jak to, że tylko naukowcy potrafią ocenić rozwój swojej dziedziny oraz cały instytucjonalny, polityczny i ekonomiczny system tworzenia wiedzy, że produkcja wiedzy jest formalnym procesem dającym się mierzyć ilościowo za pomocą parametrów o uniwersalnym znaczeniu, że podstawową „jednostką miary” jest dowolnego rodzaju publikacja albo że wszelkie publikacje dają się uszeregować pod względem rangi, zgodnie z obiektywnymi kryteriami.

Następnie pokazuje podstawowe słabości tych pseudoaksjomatów, a nawet ich wewnętrzną sprzeczność, zwłaszcza w perspektywie porównań międzydyscyplinarnych. Krytykując na przykład próby uniwersalizacji kryterium cytowalności w obrębie wszystkich dziedzin wiedzy, wskazuje między innymi, że w naukach humanistycznych nierzadko zdarza się, iż praca jest cytowana w kontekście krytycznym względem jej treści, a zatem cytowanie niekoniecznie dobrze świadczy o jej wartości.

polityka naukowa

W świetle oczywistego faktu, że jakiś system ocen jest konieczny w praktyce do dzielenia ograniczonych środków materialnych, bo nie da się finansować wszystkiego, J.C. Barmejo Barrera podaje kilka idei, które winny przyświecać takim ocenom. Pisze między innymi o tym, że nie należy brać pod uwagę wyłącznie (wąsko pojmowanej) nauki, ale różne rodzaje wiedzy, uwzględniając przy tym, iż wiedza może być tworzona na różne sposoby. Dalej, że oceny uzyskane w ten czy inny sposób w poszczególnych dziedzinach winny bezpośrednio przekładać się na finansowanie badań i badaczy, że niejednorodność sposobów produkcji wiedzy jest związana z różnymi systemami wartości, a hierarchia tych wartości nie jest ustanawiana przez naukowców, lecz stanowi wynik historycznego rozwoju społeczeństwa. Wreszcie, że obecny etap rozwoju cywilizacji (zachodniej) wymaga, by hierarchia wartości, brana pod uwagę w ocenie osiągnięć w sferze wiedzy czy nauki, była zgodna z najważniejszymi zasadami demokratycznego społeczeństwa, w tym z Deklaracją Praw Człowieka.

Czytając te końcowe sformułowania, zrazu nie bardzo umiałem pojąć, jak się mają wartości demokratyczne do oceny znaczenia osiągnięć naukowych na przykład w dziedzinie fizyki teoretycznej. Jako fizyk bez szczególnych ciągot w stronę polityki – co przed wielu laty oficer polityczny LWP ujął w moich „papierach” za pomocą określenia „emigrant wewnętrzny” – chyba nie do końca rozumiem ogólne związki między nauką a polityką.

Usłyszawszy jednak w środkach masowego przekazu stwierdzenie jednego z najbardziej wpływowych obecnie w naszym kraju polityków, że wyróżnikiem prawdziwej polskiej inteligencji jest taki−a−taki rodowód, jąłem się zastanawiać, czy niebawem w formularzach ocen pracowników naukowych, obok rubryk dotyczących liczby publikacji, impact factorów czasopism, w których były publikowane itp., nie pojawią się rubryki dodatkowe, dotyczące szczegółowych informacji na temat rodowodu ocenianego delikwenta do trzeciego czy piątego pokolenia wstecz. I jak będą one sparametryzowane? Zaraz potem naszła mnie wątpliwość, czy ongiś, „emigrując” jedynie „wewnętrznie”, w świat uniwersalnych idei naukowych i kulturalnych, nie popełniłem największego życiowego błędu.

Dr Paweł Misiak jest pracownikiem Akademii Rolniczej we Wrocławiu. pm@ar.wroc.pl