Słonimscy, cz. II Bieguny

Magdalena Bajer


Już w XIX stuleciu rozgałęził się ród Słonimskich poza granice Rzeczypospolitej. Linia rosyjska sięgnęła niebawem za ocean, przysparzając nazwisku znaczenia i sławy w osobie Nicolasa. Na drugim niejako biegunie osiągnięć ludzkiego talentu oraz intelektu plasuje się dorobek młodszego o pokolenie Piotra Słonimskiego, który pracując we Francji, współpracując z najlepszymi ośrodkami naukowymi USA i będąc Polakiem zaangażowanym w polskie najważniejsze sprawy, wymownie potwierdza światową jedność nauki i międzynarodowy charakter wspólnoty uczonych.

Matka Nicolasa (Faina Wengierowa) ukrywała żydowskie pochodzenie rodziny, koncypując mity o swojej ukraińskiej genealogii i podkreślając polskie korzenie ojca (Ludwik Słonimski przyjął prawosławie i zmienił imię na Leonid), narażając dzieci na bolesne czasem odkrycia w dorosłym życiu.

Mikołaj urodził się w 1894 roku w Sankt Petersburgu. Od matki usłyszał bardzo wcześnie, że jest geniuszem i, jak wyznaje w autobiografii, chętnie temu uwierzył. Później przekonał się, że żyje w rodzinie, w której każdy zajmuje się czymś niecodziennym – dwaj bracia byli pisarzami, siostra krytykiem, autorką recenzji dla emigracyjnych wydawnictw w Paryżu i Nowym Jorku, bliski kuzyn Antoni, polskim poetą.

Inteligent typowy

Nicolas Slonimsky

W tradycji rodu obecne były pospołu nauka i sztuka. W linii rosyjskiej przeważali humaniści, pośród nich zaś wyróżniły się talenty muzyczne i zainteresowania muzyką. Bratanek Mikołaja, o którym stryj później pisał, Sergiej Słonimski, został czołowym radzieckim kompozytorem awangardowym.

Mikołaj (już w dzieciństwie nazywano go Nicolasem) miał słuch absolutny, co było przedmiotem rodzicielskiej dumy i okazją do popisów na towarzyskich spotkaniach. Gdy skończył czternaście lat, ciotka Izabela, pianistka i wykładowczyni w konserwatorium petersburskim, zapisała go do tej szkoły. Podczas nauki przeżył kryzys wybujałych, a częściowo zawiedzionych ambicji, z nieudaną próbą samobójczą.

W roku 1914 zaczął studiować w Uniwersytecie Petersburskim fizykę i matematykę, pobierając prywatnie lekcje kompozycji. W 1916 powołano go do wojska. Rewolucję przeżył w Piotrogrodzie. Po abdykacji cara przez krótki czas uczył gry na fortepianie dzieci jego brata, wielkiego księcia Michała.

Kiedy w 1918 roku zaczął się głód i rozruchy, Mikołaj Słonimski opuścił rodzinne miasto, by, po pobycie w Kijowie i na pozostającym w rękach Białej Armii Krymie, tureckim statkiem udać się do Konstantynopola. Tam parał się grywaniem w restauracjach, kinach i teatrach, zarabiając na przyzwoite życie i otrząsając się z przeżyć wojny domowej. W roku 1921 pojechał do Paryża, mekki porewolucyjnych emigrantów rosyjskich, którzy w owej „stolicy świata” rozpamiętywali utracone w ojczyźnie role duchowych przywódców i przewodników narodu obałamuconego ideami równości przez tych, co zaraz mieli zaprowadzić terror. Osobliwie powtórzy się taka sytuacja w biografii jego bratanka Piotra. Okoliczności będą mniej dramatyczne, analogia wszakże istotna – wybitnym umysłom i nieprzeciętnym osobowościom trzeba było opuścić kraj ojczysty, żeby służyć sprawom szerszej ludzkiej wspólnoty, a temuż krajowi przyczyniać dobrego imienia. W Paryżu Nicolas Slonimsky akompaniował recitalom śpiewaków operowych „na mieście” i był pianistą zespołu baletowego Diagilewa.

nauka o muzyce

Wyjazd do Ameryki blisko trzydziestoletniego muzyka był zdarzeniem zgoła powieściowym. Zaprosił go, z rekomendacji ekscentrycznego tenora rosyjskiego Władimira Rosinga, Georg Eastman, milioner, wynalazca aparatu fotograficznego i mecenas kultury. W Rochester prowadził szkołę muzyczną, przy niej powołał zespół operowy pod kierownictwem Rosinga, a Slonimsky został tam dyrygentem i nauczycielem pianistyki.

W roku 1924 Nicolas wpisał się w nurt rodzinnej tradycji, znaczonej od XVIII stulecia odkryciami i wynalazkami. W przeddzień upowszechnienia się radia „wymyślił” korzystanie z muzyki oraz piosenek w reklamie.

Komponował na fortepian i na orkiestrę, coraz większą sławę zyskując jednak dyrygowaniem. Zaproszony do Bostonu, gdzie poznał przyszłą żonę, podobnie jak on pochodzącą z rodziny żydowskich emigrantów z Rosji, w roku 1927 założył własną Bostońską Orkiestrę Kameralną, by propagować głównie amerykańską muzykę ultranowoczesną. W roku 1931 odniósł ogromny sukces, prezentując jej utwory – kilka prawykonań – w Paryżu.

Dwa lata później kariera dyrygenta załamała się nagle. Uparte lansowanie trudnych, kontrowersyjnych dzieł młodych czy raczej „nowych” kompozytorów zderzyło się z konserwatywnym gustem ogółu amerykańskiej publiczności. Słonimski poglądów na muzykę nie zmienił, znalazł dla ich upowszechniania inną formę ekspresji.

Doszła do głosu, spychana dotąd na dalszy plan, pasja kolekcjonerska. Dyrygent, kompozytor, pianista stawał się – we właściwym mu żywiołowym tempie – historykiem i badaczem muzyki. Zgromadził niezwykle bogate archiwum i w roku 1937 opublikował kompendium-kalendarium Muzyka od roku 1900, parokrotnie później wznawiane. W połowie lat czterdziestych, gdy na kontynencie europejskim trwała wojna, ukazało się osobliwe i wyjątkowe dzieło Tezaurus gam i układów melodycznych, zawierające ponad dwa tysiące haseł, a oparte na oryginalnym pomyśle nowego podziału oktawy.

Kariera leksykografa była równie błyskotliwa, jak przedtem kariera dyrygenta – ze szczęśliwym wszakże finałem. W roku 1946 Nicolas Slonimsky został redaktorem naczelnym Międzynarodowej encyklopedii muzyki i muzyków Oscara Thompsona, a trzy lata później zaangażował się w prace związane z kontynuacją Słownika biograficznego muzyków, którego wydawanie rozpoczął w roku 1900 Theodore Baker. W roku 1993 przygotował jego ósmą edycję. Okazjonalnie parał się pedagogiką, zapraszany na wykłady uniwersyteckie i spotkania z zespołami muzycznymi.

Przeżył sto jeden lat, zachowując do końca żywość umysłu, ciekawość rzeczy nowych przy wierności podstawowym poglądom oraz upodobaniom.

rodzinne cechy i cnoty

Piotr Słonimski

Rozmowa z prof. Piotrem Słonimskim w warszawskim studio RWE (1991) dotyczyła głównie perspektyw polskiej biologii w nowych warunkach ustrojowych, które nauce zapewniały wolność, ale nie dostatek. Nadzieje wiązane przez gościa z Paryża z Instytutem Biochemii i Biofizyki PAN oraz jego nowym dyrektorem prof. Włodzimierzem Zagórskim-Ostoją, ziściły się. Ogólne wrażenie, jakie wyniosłam z tego spotkania, to spokojna pewność siebie mego rozmówcy, właściwa ludziom, którzy wiele zrobili na wybranym polu działania. Nie ma nic wspólnego z pychą, a jest pragnieniem podzielenia się własną pasją, przekonania do tego, co daje satysfakcję.

Profesora genetyki trzeba w tym miejscu nazwać Piotrem juniorem, jako że jego ojciec – syn Stanisława Słonimskiego, warszawskiego lekarza, i brat poety Antoniego – także nosił to imię. Był z wykształcenia biologiem i już podczas studiów w Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, pracował w Instytucie Zoologicznym pod kierunkiem wybitnego badacza-ewolucjonisty Józefa Nusbauma-Hilarowicza. Po kampanii legionowej w roku 1914 kontynuował karierę akademicką w Warszawie. Raz jeszcze przerwała ją wojna – bolszewicka 1920 roku. Wśród blisko stu jego publikacji są, obok naukowych, także popularyzatorskie, zdradzające duży talent literacki. Zdolności pedagogiczne objawiał ucząc w szkołach państwowych i prywatnych, zasiadając w komisjach maturalnych.

Piotr Słonimski młodszy, trochę przekornie, trochę ironicznie oznajmia wczesną oryginalność swoich zainteresowań: w dzieciństwie zbierał chrząszcze, a była to epoka powszechnego zbierania motyli. Ze strony matki, germanistki i slawistki, która uczyła w ekskluzywnym prywatnym gimnazjum panien Szachmajerówien, miał korzenie humanistyczne. Wziął od niej umiłowanie Słowackiego.

Przed wojną chodził najpierw do niemieckiej szkoły we Fryburgu (ojciec współpracował z najwybitniejszym wówczas embriologiem w tamtejszym uniwersytecie), później do Liceum im. Batorego w Warszawie.

Okupację rodzina przeżyła po aryjskiej stronie. Młody Piotr wstąpił do Szarych Szeregów i znalazł się w specjalnej grupie dywersyjnej, mając ważny atut – biegłą znajomość niemieckiego. Po Powstaniu Warszawskim (rodzice zginęli na Mokotowie) uciekł z transportu jadącego z Pruszkowa do obozu w Niemczech. Pod koniec 1945 roku aresztowało go UB za nieujawnienie przynależności do Armii Krajowej. Został zwolniony dzięki interwencji stryja Antoniego.

Dwa lata później obronił doktorat z medycyny – po tajnych studiach (Piotr Słonimski senior wykładał w tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich), a w roku 1952 wyjechał na roczne stypendium CRNS w Paryżu, trafiając do jednego z „trzech ojców” francuskiej genetyki Borysa Ephrussiego, by po jego wyjeździe do USA objąć dyrekcję laboratorium jako najmłodszy szef w historii tej placówki (miał 34 lata). Później był bliskim współpracownikiem Jacquesa Monoda, drugiego z trójki „ojców”, laureata Nagrody Nobla.

Przyglądając się biografiom Słonimskich, łatwo zauważyć, że poczucie przynależności do światowej wspólnoty intelektualnej, które ułatwiało międzynarodowe kariery, było czymś naturalnym – bez przymusu odżegnania się od kraju urodzenia, bez kompleksu pochodzenia i ponad granicami podzielonego po wojnie świata.

w pierwszym szeregu

Prof. Zagórski określa swoją znajomość z Piotrem Słonimskim młodszym jako „warstwową”. Jego rodzice – literacka para Jerzy i Maryna – znali dobrze Antoniego. Przedstawiciele następnego pokolenia spotkali się właściwie dopiero w roku 1964, kiedy pierwsza żona Zagórskiego juniora i jego koleżanka ze studiów, wyjechała na stypendium do Paryża, a Piotr Słonimski zaopiekował się nią tam z uwagi na przyjaźń z Witoldem Kulą, którego była wychowanką.

Związki przyjacielsko-naukowe zacieśniły się w roku 1970, w czasie ponownego pobytu pani dr Zagórskiej, której śladem podążył mąż zaproszony przez prof. Słonimskiego. Nie była to jeszcze przyjaźń – Słonimski „dosyć pilnował dystansu”. Pół roku ciężkiej pracy nie przyniosło jego gościowi wyników nadających się do publikacji, ale to przeżycie ugruntowało bliskość obu badaczy, opartą na wzajemnym przekonaniu o naukowej rzetelności, poważnym traktowaniu badań i rzeczywistej lojalności.

„Piotr Słonimski, na dobrą sprawę, zbudował genetykę drożdży”. Badał mitochondria, małe twory wewnątrzkomórkowe, zaopatrujące komórkę w energię niezbędną do jej funkcjonowania. Prof. Zagórski za największe osiągnięcie swego mistrza-przyjaciela uważa wyjaśnienie, metodami genetycznymi, zjawiska „podzielonych genów” w komórkach drożdżowych, czyli mechanizmu wewnętrznej „obróbki” taśmy DNA zawierającej informację gatunkową. Słonimski zaproponował, żeby uczeni europejscy zajęli się genomem drożdży – nie człowieka, dlatego, że metodycznie daje się to zrobić bardzo precyzyjnie, i z przyczyn... bioetycznych.

W latach siedemdziesiątych, obejmując redakcję Biblioteki Myśli Współczesnej w PIW-ie, zastałam ideologiczne kłopoty z wydaniem po polsku głośnej książki zmarłego niedawno Monoda Przypadek i konieczność. W ich przezwyciężeniu pomagał z Paryża prof. Słonimski. Później wspierał prześladowanych opozycjonistów. Do Trzeciej Rzeczypospolitej przyjeżdża nierzadko, służąc radą w dyskusjach, jak to jest w obyczaju międzynarodówki wielkich uczonych.